Courtney Thompson: Ludzi nie obchodzi ile wiesz, póki nie zobaczą jak bardzo ci zależy

2015-01-25 14:00:00
7 komentarzy
qwe

W obszernym wywiadzie dla naszego portalu amerykańska rozgrywająca opowiada o swoim filmie "Court & Spark", byciu liderem w zespole, reprezentacji USA i codziennym życiu profesjonalnego sportowca. Zapraszamy!

W grudniu 2013 roku w Seattle, w trakcie trwania turnieju finałowego mistrzostw NCAA, po raz pierwszy szerokiej publiczności pokazany został film "Court & Spark: A Volleyball Documentary", którego bohaterką jest mistrzyni świata z 2014 roku, Courtney Thompson. Film został wyprodukowany przez Leslie i Jacka Hamannów i przybliża codzienne życie profesjonalnych sportowców. Ekipa filmowa towarzyszyła Courtney kiedy grała w ORLEN Lidze, w drużynie Budowlanych Łódź w sezonie 2012/2013, a także na zgrupowaniu amerykańskiej latem 2013 roku. Oprócz Courtney w dokumencie występują bądź wypowiadają się jej koleżanki z zespołu (m.in. Christa Harmotto, Kristin Hildebrand, Cassidy Lichtman, Nicole Fawcett), byli lub obecni trenerzy (Maciej Kosmol, Hugh McCutcheon, Karch Kiraly), a także szkoleniowcy drużyn uniwersysteckich (Mick Haley, Marv Dunphy, John Dunning). 

 

Trwający nieco ponad godzinę film można obejrzeć online (trzeba uiścić opłatę 4,99 dol.) lub ściągnąć (9,99 $) tutaj. Zebrane w ten sposób pieniądze pomogą wesprzeć program rozwoju młodych adeptów siatkówki.

 

Zapraszam do przeczytania obszernej rozmowy z Courtney Thompson na temat filmu i procesu jego powstawania, wyzwaniach z jakimi musi się zmierzyć, pracy z dziećmi, najtrudniejszych momentach w karierze, co znaczy gra w reprezentacji Stanów Zjednoczonych i jakie są cechy dobrego lidera. 

 

 

 

 

Video 1. Trailer dokumentu "Court & Spark".

 

 

 

 

Chciałabym porozmawiać z tobą o twoim filmie, "Court & Spark". Skąd w ogóle pomysł, by go zrobić?

 

Courtney Thompson: - To nie był tak do końca mój pomysł. Producenci, Jack i Leslie Hamann, zaprosili mnie na lunch i to było jakoś na dzień przed moim wyjazdem z Kalifornii, więc po głowie chodziło mi już, żeby to odwołać, wymówić się ze spotkania, bo nie mogę, i tak dalej. Ostatecznie poszłam i pierwsze co mi powiedzieli to to, że ich celem jest rozwój siatkówki i rozwój wiedzy na temat tego, jak wygląda życie profesjonalnego sportowca. Chcieli pokazać to wszystkim Amerykanom. Jak wiesz nie mamy w kraju profesjonalnej ligi, więc wielu ludzi nie ma pojęcia jak wygląda nasze życie, konieczność wyjazdu z domu niemal na cały rok za ocean i jakie to jest doświadczenie. To również może być świetny materiał dla młodych zawodniczek, które np. marzą o profesjonalnej karierze, o wyjeździe do jakiejś silnej ligi - dzięki temu będą mogły choć trochę zapoznać się z tym, co je czeka. Pokazać im, że "hej, wy też będziecie kiedyś mogły to zrobić". Chcielibyśmy nauczyć ludzi czegoś na temat realiów naszej dyscypliny czy tego, co dzieje się w reprezentacji.

 


A jaka była reakcja twojej rodziny, znajomych, czy koleżanek z zespołu, kiedy powiedziałaś im, że będziesz robić film?

 

- (śmiech) Wiesz, a to bardzo dobre pytanie. Każdy był tym w jakiś sposób zainteresowany i chciał wiedzieć czy też tam będzie, nie bardzo wiedzieliśmy, i oni i ja, czego tak naprawdę oczekiwać. Niektórzy się śmiali, pytali czy mówię poważnie, o co chodzi i jak ja sobie to wyobrażam (uśmiech). Ale ogólnie rzecz biorąc bardzo mnie wspierali, zarówno moja rodzina, jak i znajomi.

 


Co było dla ciebie w tym wszystkim najtrudniejsze? Stała obecność ekipy filmowej?

 

Nie, duży komfort dawało mi to, że właśnie całą tę grupę, która pracowała przy filmie znam od dzieciństwa, więc to jakby nie stanowiło żadnego problemu. Znam Jacka, jego syna Bretta, wiem, że mogę im zaufać. Najtrudniejsze było chyba to, że musisz opuścić swoje bariery i pokazać stronę, którą widzą tylko najbliżsi. Nie chciałam przedstawiać dokładnie mojej historii, ale raczej być przykładem na to jak jak wygląda życie zawodnika. Starałam się być otwarta i szczera we wszystkim co mówię, niezależnie od tego, czy dotyczyło to dobrych czy złych stron profesjonalnego grania za oceanem i wszystkiego co się z tym wiąże. Myślę, że jestem osbą pozytywnie nastawioną do świata, więc ciężko było też dzielić się tymi rzeczami, które nie są wspaniałe, piękne, czy radosne, kiedy gra się poza granicami kraju. Nie chciałam też przy tym wyjść na jakiegoś totalnego gbura, który na wszystko narzeka (śmiech). Albo na samoluba, czy kogoś kto nie docenia tego, co ma. Ale wierzyłam Jackowi i Leslie, że zmontują cały materiał właściwie, to znaczy tak, że pokażą mnie taką jaka jestem, a nie jako kogoś innego.

 


A miałaś jakieś problemy przy filmowaniu? Na przykład ktoś prosił cię, żebyś tego nie robiła albo nie godziła się na obecność kamery?

 

Tak, były jakieś drobne kłopoty, ale na szczęście to nie ja musiałam sobie z nimi głównie radzić. Wszystko robili producenci, jak tylko trzeba było coś załatwić, to zaraz się tym zajmowali. Wiesz, kiedy przebywa z tobą ekipa filmowa, to starasz się za dużo o tym nie myśleć. Chwilami było to dość surrealistyczne, ale i zabawne doświadczenie. Lubię takie filmy dokumentalne, oglądam je na okrągło, więc dziwnie było znaleźć się po tej drugiej stronie (śmiech). Na przykład siedzę w domu i czekam z jedzeniem kolacji, bo oni akurat rozstawiają lampy i kamery. Ale nie było to dla mnie uciążliwe.

 


A ile materiału nie znalazło się w filmie?

 

O mój Boże! Dużo! (śmiech). Siedzieli ze mną w Polsce przez miesiąc, potem jeszcze w Kalifornii przez jakieś dwa tygodnie i jeszcze ze dwa razy odwiedzili mnie w moim domu w Seattle. Kiedy montowali film, to żartowałam sobie z Jackiem, że teraz pewnie mają mnie dość. A potem dzwonili do mnie i mówili, że zaczynają już nawet mówić tak samo jak ja (śmiech).

 


Miałaś jakiś udział w tym całym procesie czy to już jakby odbywało się poza tobą?

 

- Nie, raczej nie. Wysłali mi jedną wersję filmu, jeszcze nie ostateczną, ale już bliską zakończenia i powiedziałam, że co do kilku rzeczy nie jestem pewna, więc może lepiej je zmienić. Dla nich nie stanowiło to żadnego problemu, zawsze powtarzali mi, ze mam być szczera i jak tylko coś mi się nie podoba, czy z czymś czuję się niekomfortowo, to mam mówić, a oni się tym zaraz zajmą. Wydaje mi się, że poprosiłam o wycięcie jakichś dwóch-trzech drobiazgów, a tak poza tym zdałam się na nich.

 


Jaka jest twoja ulubiona część filmu? Masz jakąś?

 

O kurczę, czekaj, już trochę czasu minęło odkąd go oglądałam, muszę chwilę pomyśleć. Może być ciężko z odpowiedzią na to pytanie.. Hm, nie wiem czy to moja ulubiona, ale jedna z tych, które akurat wbiły mi się w pamięć, to aerobik w Polsce. Tragedia (śmiech). To jest po prostu straszne. Moi znajomi, którzy to za mną oglądali pytali "ale na serio?". Na co ja, że tak, właśnie dlatego to tutaj jest, żeby wam pokazać, że musieliśmy robić nawet takie rzeczy (uśmiech).

 


Aerobik w Polsce jest dosyć popularny, nie jesteś z tym zaznajomiona?

 

Nie, to znaczy może nie w tej formie. To nie jest coś, czym zajmują się profesjonalni sportowcy. Pewnie, można sobie poćwiczyć dwa razy w tygodniu, to zdrowe dla organizmu i tak dalej, ale dla nas, moim zdaniem, mija się to z celem. Ale, jak widać na filmie, było zabawnie, można było się posmiać, więc... Lubię też tą część, kiedy spotykam się z moimi koleżankami w Kalifornii, bo to od razu sprawia, że czuję się szczęśliwsza. Są niesamowite.

 


Lubię ten krótki moment, kiedy akurat Christa Harmotto mówi o tobie kilka rzeczy i nagle całkowicie się wzrusza, widać łzy w jej oczach, i to jest po prostu urocze.

 

To wiele dla mnie znaczy, ona i Kristin są moimi bliskimi przyjaciółkami i czuję głęboką wdzięczność za to, że osoby, na których się wzoruję są ze mą tak blisko, że zawsze mogę z nimi porozmawiać. To dla mnie coś wyjątkowego. Pamiętam taką zabawną sytuację, że kiedy akurat udzielały tych krótkich wywiadów na sali, to potem podchodziły do mnie i mówiły "czubku, nienawidzę cię, obiecałam sobie, ze nie będę płakać i zobacz do czego doprowadziłaś!" (śmiech)

 


Wiesz, dla mnie, kogoś kto stoi zupełnie z boku, te fragmenty z waszego zgrupowania reprezentacji pokazują też jak niesamowitą grupę tworzycie. Robiłam jakiś czas temu wywiady z twoimi koleżankami, z Foluke Akinradewo, z Dani Scott...

 

- ... a tak, tak, tak, super!

 

 

I były niesamowite, dla mnie to był prawdziwy zaszczyt, a film jakby jeszcze wyraźniej to pokazuje.

 

- Dziękuję, dzięki, ze się z tym ze mną podzieliłaś. To naprawdę jest niezwykłe i chyba unikalne. Pokazuje też kim naprawdę jesteśmy jako drużyna i cały program pod egidą USA Volleyball. Dla nas gra w narodowej koszulce niezmiennie napełnia nas ogromną dumą. Do tego dochodzi fakt, że każdy z nas nauczył się patrzyć na to z większej perspektywy - wiemy, ze reprezentujemy coś i jesteśmy częścią czegoś, co jest od nas znacznie, znacznie większe. To zawsze motywuje nas do działania.

 


To widać chyba przy każdej wypowiedzi jednego z amerykańskich sportowców, zawsze podkreślać swoją dumę dla kraju, jak to jest reprezentować Stany Zjednoczone, zawsze z ręką na sercu słuchacie hymnu... po prostu cali wy!

 

- (śmiech) Masz rację! To dla nas bardzo typowe i traktujemy to zupełnie normalnie. Ciekawie jest, kiedy podróżujesz po świecie, spotykasz innych ludzi i słuchasz jakichś ich odpowiedzi i odkrywasz, że u nich to tak nie działa. Że oni mają do tego zupełnie inne podejście. Dla nas takie zachowania są naturalne i ja osobiście bardzo to sobie cenię.

 

 

 

 

Fot. 1. Courtney podczas zajęć z dziećmi.

 

 

 


W filmie możemy zobaczyć, jak odwiedzasz jedną z polskich szkół i pracujesz z dzieciakami, uczysz ich podstaw siatkówki, rozmawiasz z nimi. To była taka jednorazowa wizyta, czy zajmowałaś się tym dłużej?

 

Niezależnie od tego, gdzie gram, to zawsze staram się coś takiego robić. Dla mnie jako zawodniczki, zwłaszcza grającej na wysokim poziomie, jest to swego rodzaju odskocznia, bo jesteśmy zawsze skoncentrowani na tym, żeby dbać o siebie, nad tym jak gramy, co robimy, że czasem to wszystko co dzieje się wokół nas może przytłoczyć. Dlatego dobrze jest zachować pewien dystans. Zawsze kiedy czuję, że właśnie sama przestaję nad wszsytkim panować i zapominam o tym, co jest najważniejsze, to staram się to przerwać poprzez pomoc innym. Zgłosić się gdzieś na ochotnika do pracy z dziećmi, czy ze starszymi ludźmi, czy cokolwiek innego. Chodzi o to, żeby dać coś od siebie, skupić się na innych. To może być drobiazg, ale będzie miał ogromne znaczenie. Poza tym my, jako amerykańska reprezentacja, też staramy się organizować różne spotkania raz w tygodniu. Możemy cały tydzień trenować na hali, ale zawsze jest ten jeden dzień, kiedy robimy jakieś wykłady, spotkania, treningi z młodzieżą. To ważna część naszeo programu. Mnie osobiście to pomaga, dodaje energii. Czasem kiedy przebywasz w obcym kraju przez osiem miesięcy, to łatwo poczuć to oderwanie od wszystkiego, brak więzi z danym miejsce, czy z ludźmi. A takie akcje, to dobry sposób na to, by poczuć się cześcią grupy, zrobić coś dobrego, a nie tylko myśleć o tym, jak zdobyć następny punkt.

 


W Portoryko, Austrii, czy tutaj też miałaś okazję do tego?

 

- Tak, tak, choć akurat w Zurychu byliśmy trochę bardziej zajęci (śmiech). Nasz plan gier jest... no cóż, typowy dla czołowego klubu w Europie. Wiele rzeczy możemy zrobić online, zadzwonić do kraju, pogadać z dzieciakami, ale tak, żeby wyjść i przeprowadzić z nimi normalne zajęcia, to niestety nie. Ale to pierwsza tego typu sytuacja, we wszystkich pozostałych krajach, w których grałam udało mi się to zorganizować.

 


Siedzi więc gdzieś może w tobie ukryty trener?

 

- (uśmiech) Tak, chyba tak. Lubię dzieci, lubię uczyć. Siatkówka nigdy nie była dla mnie łatwa, więc jestem w stanie zrozumieć z czym trzeba się borykać. Poza tym miałam szczęście grać pod opieką kilku czołowych trenerów na świecie i czuję w sobie taką odpowiedzialność za to, by tę zdobytą wiedzę przekazać dalej. Teoretycznie tak to powinno wyglądać u każdego, ale ja po prostu chcę to robić. Poza tym sprawia mi to przyjemność, więc gdzieś to tam zawsze siedzi mi w głowie.

 


Kilka razy mówiłaś w filmie o byciu liderem. Jakie są według ciebie najlepsze cechy do tego, by zostać dobrym liderem?

 

Świetne pytanie. Myślę, że najważniejszą z nich jest wiara. Wiara w siebie, w tych, którzy są obok ciebie na boisku i niesłabnąca determinacja w pokonaniu każdego wyzwania, jakie masz przed sobą. Bardzo ważny jest optymizm, pozytywne myślenie, zwłaszcza wtedy, kiedy ludzie dookoła siebie wydają się zgaszenia, zniechęceni. Trzeba wtedy do nich podejść i powiedzieć "ok, stało się, teraz zrobimy to, to i tamto". Cały czas do przodu. Wydaje się, że to taka mała rzecz, ale moim zdaniem ma w sobie wielką moc. Nie jest to łatwe, ale chyba nieźle pasuje do mojej osobowości. Mój były szkoleniowiec, Hugh McCutcheon, zawsze powtarzał, ze trzeba być wiecznym optymistą. Cokolwiek się stanie, poradzimy sobie z tym. I to utkwiło mi w głowie. Innym aspektem są twoje zasady pracy. Kiedy codziennie ciężko zasuwasz na treningu i pozwalasz, żeby mówiły za ciebie twoje czyny, a nie słowa, twoje koleżanki, twoi trenerzy to zauważą. I będą cię zawsze za takie podejście szanować. Nigdy nie byłam najbardziej utalentowaną siatkarką, nie mam genialnego odbicia, jestem niska, nie skaczę wysoko, ale wszyscy na boisku o tym wiedzą. I kiedy mówię im, że będę zapieprzać dla nich, że zrobię wszystko, żeby one znalazły się w dobrej sytuacji do ataku, to one wyjdą mi na przeciw i zrobią to samo dla mnie.

 

 

Sanja Tomasević wspomniała z kolei, że nigdy nie pozwalasz odpuszczać nikomu na treningu. Jak udaje się tobie napędzać innych do pracy?

 

- To jest niekończący się proces. Dla mnie jednym z największych wyzwań jest gra w nowym zespole, gdzieś poza granicami kraju, kiedy masz w drużynie siatkarki z całego świata. I każda z nich ma inny pomysł na pracę, inne zasady. Wszystko jest inne. I ja też muszę w jakichś sposób dokonać pewnych zmian w swoim zachowaniu. Prowadząc różne zespoły udało mi się osiągnąć jakieś tam sukcesy, stworzyć coś niezwykłego. Moją mocną stroną jest to, że nie boję się trudnych rozmów. Myślę, że wielu ludzi stara się tego unikać. Wiem, kiedy jest to drużynie potrzebne, kiedy podejść do kogoś komu nie idzie i zapytać "co się dzieje, jak mogę pomóc? możemy nad tym popracować". Nie jestem osobą, która będzie na kogoś krzyczeć czy coś w tym stylu. Pewnie, bywam drażliwa, staram się rywalizować we wszystkim, mogę się wdać w jakąś kłótnię na boisku, ale poza boiskiem przede wszystkim chcę poznać osoby, z którymi gram. Skąd są, jakie są ich pomysły, co ich motywuje, żeby potem móc tego użyć i w jakiś sposób wesprzeć, popchnąć ich we właściwym kierunku. "Damy radę!" albo "jak możemy to wspólnie rozwiązać?", te pytania ciągle się przewiają. Ale w każdym zespole wygląda to trochę inaczej i w każdym moja rola jest trochę inna.

 


Foluke Akinradewo wspomniała mi kiedyś, że kiedy Karch Kiraly był jeszcze asystentem, to właśnie podchodził do niej czasem i pytał co u niej słychać, jak się miewa jej narzeczony, takie proste rzeczy. A jej to bardzo pomagało.

 

Tak dokładnie jest, a Karch w ogóle, moim zdaniem, jest w tym najlepszy. Jest niesamowitym trenerem i jednym z najbardziej niezwykłych facetów, jakich spotkałam w życiu. Na przykład teraz wiem, że jest strasznie zajęty, ma mnóstwo spraw na głowie, mamy chyba z milion zawodniczek w naszym programie, z każdym trzeba porozmawiać, tyloma rzeczami trzeba się zająć, ale jeśli którakolwiek z zawodniczek do niego zadzwoni, zawsze ma czas. Albo na przykład przysyła mi wiadomość, że chce ze mną pogadać o tym czy tamtym, więc czy mogę zadzwonić, jak będę miała chwilę. Ja oddzwaniam i potem wychodzi tak, że przez 15 minut rozmawiamy o mnie, co słychać w Volero, jak się miewam, jaka jest pogoda, co się działo na meczu i tak dalej, a nie o tym o czym tak naprawdę mieliśmy. Czy jestem szczęśliwa, czy wszystko dobrze, po prostu się przejmuje. I to też możemy odnieść do tego co to znaczy być liderem - "Ludzi nie obchodzi ile wiesz, póki nie zobaczą jak bardzo ci zależy" (Theodore Roosevelt - przyp. aut.). Jeśli uda ci się coś takiego stworzyć... tak, jak Karch, pójdziemy za nim na koniec świata. Wiemy, ze nas wspiera i chcemy grać dobrze również dla niego.

 


Teraz jak już jest pierwszym trenerem, to ciekawie obserwuje się jego czasy, kiedy cały czas powtarza "zachowajcie spokój, oddychajcie"...

 

- (śmiech) "chłodna głowa", "nie przejmujcie się" (śmiech).

 


Niektórzy trenerzy na przykład krzyczą cały czas, inni podają setki informacji, Karch zawsze spokojnie mówi o oddychaniu.

 

- (śmiech) Dokładnie tak. A propos trenerów właśnie, to koleżanki tutaj pytają mnie czy w Stanach wygląda to inaczej? A ja na to "o mój Boże... tak". Zwyczajnie... różnica jest tak ogromna, że nawet nie staram się tego wyjaśnić. Po prostu... mówię "tak" i kończę temat, bo nie ma sensu się w to zagłębiać.

 

 

 

Fot. 2. Courtney razem z ekipą filmową w autobusie w drodze na mecz Budowlanych Łódź.

 

 

 


Chciałabym porozmawiać o jednej rzeczy, o której wspomniałaś w filmie - o twoim najtrudniejszym momencie w karierze, kiedy omal nie zrezygnowałaś z gry i nie wyjechałaś ze zgrupowania. Możesz o tym opowiedzieć dla tych, którzy jeszcze nie oglądali?

 

Oczywiście, nie ma sprawy. Tak jak już wspomniałam - nigdy nie byłam najbardziej utalentowaną rozgrywającą na świecie, ale zawsze, w każdym zespole, w którym grałam, wychodziłam w pierwszej "szóstce", a do tego byłam kapitanem. I kiedy po raz pierwszy pojechałam do Colorado Springs, Jenny Lang Ping była wtedy trenerką, z głową pełną wielkich oczekiwań, odkryłam nagle, że jestem gdzieś tam na samym dole listy. Dla mnie to było coś nowego, nigdy wcześniej nie znalazłam się w takiej sytuacji. Czułam się strasznie niekomfortowo. Wtedy są tylko dwa wyjścia - możesz zrezygnować, znaleźć sobie jakieś wymówki, że trener mnie nie lubił, może się jednak do tego nie nadaję. Dla niektórych pewnie jest to właściwe wyjście, ale nie dla mnie. Przeprowadziłam na ten temat wiele rozmów z różnymi trenerami, z moimi rodzicami, ale utkwiła mi w pamięci jedna rzecz, którą powiedział mój ojciec: "Court, znam cię, wiem, że jest ciężko i do d..., ale musisz po prostu iść dalej".

Grałam u wielu świetnych szkoleniowców i nauczyłam się od nich kilku ważnych lekcji. Potem wychodziłam do dzieciaków i mówiłam, żeby nie przejmowały się rzeczami, na które nie mają wpływu, będzie ciężko, ale trzeba iść naprzód. I nagle dotarło do mnie, że zaraz, zaraz, teraz jestem właśnie w takiej sytuacji, więc chyba powinnam zastosować się do swoich własnych kazań? (śmiech) To był taki pierwszy raz i wtedy zdałam sobie też sprawę z tego, jak łatwo się mówi, a jak ciężko się potem do tego zastosować. Teraz już wiem. I bardziej doceniam wiele rzeczy, co jest dla mnie jedną z cenniejszych lekcji. Teraz jak patrzę na to z perspektywy czasu, to wydaje mi się to dość zabawne. Ale wiesz, byłam młoda, miałam ile? 22-23 lata i wydawało mi się, że wiem, co mnie czeka i czego się spodziewać. Teraz wiem za to, że jak za 10 lat obejrzę film, to nie uwierzę, jakie głupoty wtedy gadałam (śmiech).

 


Ciekawą dla mnie rzeczą w filmie był moment, kiedy opowiadałaś o pytaniu, które zadała tobie Lindsey Berg: "Jesteś dopiero trzecią rozgrywającą, jak sobie z tym w ogóle radzisz?". Co siedziało w twojej głowie w tamtym okresie?

 

Tak, to też był jedna z cieższych dla mnie rzeczy. Kiedy obserwujesz ludzi wokół siebie i widzisz, że świetnie im idzie, to oczywiście jesteś z tego zadowolona, bo chcesz, żeby sobie radzili, żeby im wszystko wychodziło. A z drugiej strony tobie się nie udaje, więc w pewien sposób czujesz się gorsza. I to jest ogromne wyzwanie. Któregoś dnia poszłam pogadać o tym z Hugh i powiedział mi, że jest mała, malutka szansa na to, że mogę znaleźć się w olimpijskim składzie. Miałam więc wybór, czy uwierzyć w to co mówi i podążyć za tym marzeniem czy sobie darować. Przed tym spotkaniem przez kilka miesięcy treningu wszystko wydawało mi się takie nieszczególne. To znaczy niby trenowałam ciężko, dawałam z siebie wszystko, pracowałam, starałam się, ale czułam, że to nie jest to, że ciągle gdzieś czegoś mi brakuje. I ta rozmowa z Hugh pomogła mi wrócić na właściwy tor. Uczepiłam się tej małej szansy. Wiedziałam czego chcę. Skoro powiedział, że jest szansa, to wierzyłam w nią całą cząsteczką siebie. Znajac siebie wiedziałam też, że, żeby ta szansa się urzeczywistniła, to muszę dać z siebie absolutnie wszystko. Wszystko. A to całkiem sporo (uśmiech). Uważam się za osobę, która umie i lubi tyrać, więc taka deklaracja z mojej strony naprawdę mówiła wiele. Po spotkaniu wróciłam na halę poczuciem, że zostawiam wszystko. Beztrosko, świadomie, oddaję wszystko dla tej małej szansy. Każdego dnia pomogę tej drużynie jak tylko będę mogła. Zmieniłam też trochę swoje nastawienie, przestałam myśleć nad tym, jak poprawić swoją grę, a skupiłam na tym, jak pomóc ludziom dookoła mnie? Jak sprawić, żeby koleżanki grały lepiej? To była prawdziwa motywacja. Pomóc innym i po prostu iść do przodu. Dzięki temu rozwinęły się też moje relacje z innymi. I nagle przyszedł moment, w którym nie bałam się powiedzieć Hugh "jestem gotowa!". Gdzie wcześniej w życiu bym się na coś takiego nie zdobyła. Bałabym się tego co powie, co sobie pomyśli o mnie. On w pierwszej chwili uśmiechnął się lekko i próbował mnie zbyć na zasadzie "tak, tak, Court, wiem", ale powiedziałam mu, że nie, naprawdę jestem gotowa. I po każdym kolejnym spotkaniu drużynowym, kiedy okazywało się, że jednak po raz kolejny nie zostałam wybrana do zespołu, miałam odwagę powiedzieć mu, że się z jego decyzją nie zgadzam. I sam fakt tego, że mogłam powiedzieć to głośno...

 


... to niesamowita siła...

 

Tak, dokładnie. Oczywiście, szanowałam jego decyzje, ale po prostu się z nimi nie zgadzałam i mówiłam mu, że jestem gotowa prowadzić jego zespół lepiej, niż ktokolwiek inny. I będę gotowa za każdym razem, kiedy mnie spyta i kiedy wreszcie mnie wybierze. Poza tym to był też dodatkowy czynnik motywujący, bo teraz musiałam mu swoje słowa udowodnić (uśmiech). Nauczyłam się wtedy bardzo ważnej rzeczy - kiedy masz jakąś misję do spełnienia i całkowicie się jej poświęcisz, to nie będziesz zwracać uwagi na żadne komplikacje. Kiedy nie wiesz czego chcesz, to łatwo roztrwonić swoją energię na niepotrzebne rzeczy. Ale kiedy masz w głowie jasny cel, to wszystko mu poświęcasz, cała twoja siła jest skupiona tylko na tym. I nie ma znaczenia co stanie ci na drodze. Myślę, że to też taka metafora życia. Wiele osób nie daje z siebie wszystkiego, bo to cholernie trudne i wydaje im się, że czegoś tam nie da się zrobić. Wolą trochę odpuścić, powiedzieć, że więcej się nie dało albo, że nie dali z siebie wszystkiego, ale jest ok. Ale to nie ja, ja nie chcę do tego tak podchodzić. Jeśli mam coś robić, to będę to robić najlepiej jak potrafię, niezależnie od tego jak trudne może się to wydawać. To jest dla mnie ważne.

 

 

Inną rzeczą jest to, że pracujesz z bliskimi sobie osobami i, tak jak wspomniałaś, życzysz im jak najlepiej, ale przecież jednocześnie rywalizujesz z nimi o miejsce w składzie.

 

- To prawda. Na końcu jednak każdy z nas dochodzi do wniosku, że bierzemy udział w czymś, co jest większe od każdego z nas. Że system jest większy i wazniejszy niż każdy z nas. Nieważne czy to zawodniczka, trener, czy ktokolwiek inny. Nasz czas kiedyś się skończy i na nasze miejsce przyjdą nowe siatkarki, więc dopóki trwa "twój moment" musisz go doceniać. Czasami łapię się na tym, jak łatwo wpada się w takie dołki, kiedy nie zostało się wybranym do składu na jakiś turniej i wydaje mi się, że to straszne, w ogóle tragedia, i tak dalej. Ale potem wracam do domu i uświadamiam sobie, ze hej, przecież gram dla reprezentacji Stanów Zjednoczonych! I gdyby ktoś powiedział mi w wieku 12 lat, że będę występować w kadrze, że będę grać profesjonalnie w siatkówkę, zarabiać na tym pieniądze i brać udział w rozgrywkach na najwyższym poziomie, to chyba padłabym trupem (śmiech). Dobrze jest więc zachować pewien dystans do wszystkiego.

 


Pamiętam jak rozmawiałam z Dani Scott, która jest po prostu niezwykłą osobą...

 

- ... tak!

 


... i w zasadzie każda jej odpowiedź sprowadzała się do zespołu i tego co jest najlepsze dla drużyny. Jak jej pomóc, co ona może dla niej zrobić. Niesamowite było to, jak u niej po prostu niemal wszystko dotyczyło grupy.

 

No cóż, w końcu musiały być jakieś powody, które sprawiły, że pojechała na pięć turniejów olimpijskich (uśmiech). Dani jest wspaniała, też bardzo mi kiedyś pomogła. Zawsze poświęca czas na to, by porozmawiać z innymi, ona właśnie dla tego żyje. Teraz pewnie siedzi na sali treningowej i zastanawia się, jak pomóc zespołowi.

 


A jak się mają twoje umiejętności golfowe? (Courtney podczas pobytu w Łodzi zapisała się na kurs golfowy i jej postępy możemy obejrzeć w filmie - przypis aut.)

 

- (śmiech) O mój Boże! Wciąż straszne. Moi znajomi się ze mnie śmiali cały czas. "Przecież powiedziałaś nam, że chcesz zdobyć w Polsce jakichś znajomych spoza siatkówki, a nagle widzimy cię z jakąś grupą dziadków, co to jest?" (śmiech). Ale podobało mi się, chciałam spróbować czegoś innego, natomiast moje umiejętności golfowe są dalej zerowe (uśmiech). Kristin Hildebrand często grywa, więc czasem się umawiamy. Jej mąż jest zapalonym golfiarzem. To bardzo przyjemny sposób na spędzanie razem czasu.

 

Planujesz może zrobić jeszcze jakiś film?

 

- (uśmiech) Nic nie wiem na ten temat, ale kto wie na co wpadną Jack i Leslie? Oni odwalają całą robotę.

 


Jak się czujesz podczas swojego drugiego pobytu w Szwajcarii? Po raz pierwszy grałaś tu sześć lat temu.

 

Jest naprawdę cudownie, to jedno z moich najlepszych doświadczeń w życiu. Świetnie się gra na tak wysokim poziomie, klub jest fantastyczny, wszyscy się o nas dbają i troszczą się o to, jak sobie radzimy. Oczywiście, wiele od nas oczekują, ale to akurat bardzo mi odpowiada. Cieszę się też z występów w Lidze Mistrzyń, to był jeden z moich celów i dobrze, że udało mi się to osiągnąć. Zresztą, co tu więcej mówić - wyjrzyj za okno. Kocham góry i oglądam je dzień w dzień. Są też dla mnie taką formą podładowania baterii, złapania oddechu. Wszystko wydaje mi się tutaj takie ustabilizowane. Wiele osób mówi po angielsku, więc czuję się tu... po prostu normalnie. Na przykład w Polsce, jako zawodniczka zagraniczna, czułam się wyalienowana, a tu jest dobrze.

 


I na zakończenie: trzy rzeczy, które sprawiają, że siatkówka jest lepsza od innych sportów?

 

- Pomyślmy, po pierwsze to, że możemy się cieszyć po każdym punkcie. Lubię to, jak zespołowa jest siatkówka oraz to, że nie możesz wygrać jednym zawodnikiem. To znaczy to ostatnie wynika z zespołowości, ale chodzi mi o to potrzebujesz każdego, każdego, żeby wygrać.

 

 

 

Rozmawiała - Laura Kusztelak.

 

 

 

fot. fivb.org

Zaloguj się aby dodać komentarz:

W Zurychu chyba nie ma okna, z którego nie widać Alp. Widok za każdym razem zapiera dech w piersi :)
estranged
2015-02-01 13:05:23

Laura, wspaniale sie to czyta. Mialas taki sam widok \"z okna\" jak ona? Gdzie cie zanioslo;)?
Courtney z pewnoscia sie bardzo rozwinela od czasu grania u nas i ona \"gryzie\" parkiet nie tylko dla USA, ale rowniez poza kadra. Walczak cala geba i wielkie uznanie za to!
Gaga
2015-01-31 19:12:53

Moim zdaniem powinny być Glass i Hagglund :D
JakeG
2015-01-31 00:49:37

Ja uważam, że sporo dała jej kadra - praca z Kiralym. On ma spore wymagania do rozgrywających, wprowadził trudny technicznie system gry.
max2007
2015-01-27 19:08:48

Ta zawodniczka się bardzo rozwinęła, gra teraz bardzo dobry sezon w Volero. Ma za sobą bardzo dobry sezon reprezentacyjny, gdzie dała wiele świetnych zmian. A w sumie kto by się tego spodziewała kiedy grała w Łodzi? Ale wydaje mi się, że wtedy jeszcze jej koleżanki z parkietu nie były przygotowane do tego typu gry jaki ona preferuje, może ona potem próbowała się dostosować do nich? i wyszło średnio.

Choć nie ukrywam, że ciągle nie rozumiem dlaczego zastąpiła Glass w składzie na Londyn, gdzie Alisha wydaje się była dużo bardziej potrzebna.

W obliczu kontuzji Glass kto wie może będzie pierwszą na kadrze? Chyba, że Alisha zdąży się wyleczyć. Zresztą kolejka do bycia pierwszą - pod ewentualna nieobecność Glass - jest długa. Courtney, Carli Lloyd, Jenna Hagglund, może jeszcze Molly Kreklow, także będzie ciekawie.

Szkoda, że Ana jest kontuzjowana mogłaby byc ciekawa walka w Volero o bycie numerem jeden.
agd
2015-01-27 09:16:03

\"Tak, tak, choć akurat w Zurychu byliśmy trochę bardziej zajęci (śmiech). Nasz plan gier jest... no cóż, typowy dla czołowego klubu w Europie.\"

Nie wiem jak to interpretować ten napięty grafik czy jako żart czy ona mówiła serio? Przecież chyba polska liga należy do bardziej wymagających?
agd
2015-01-27 09:02:43

\"Dla nas gra w narodowej koszulce niezmiennie napełnia nas ogromną dumą. Do tego dochodzi fakt, że każdy z nas nauczył się patrzyć na to z większej perspektywy - wiemy, ze reprezentujemy coś i jesteśmy częścią czegoś, co jest od nas znacznie, znacznie większe. To zawsze motywuje nas do działania.\"

To chyba tajemnica ich sukcesu i kiedy jakaś Amerykanka wypowiada podobne słowa to po prostu się w to wierzy, a nie traktuje tego jako banalnego stwierdzenia rzuconego od tak, żeby kibice uwierzyli.

Czasem mam wrażenie, że one te sezony w Europie traktują jako dobry trening przed kadrą. Pograją jak coś wygrają to będzie super, zarobią jakieś pieniądze i potem znów wrócą na kadrę by \"gryźć\" parkiet i walczy o największe sukcesy.
agd
2015-01-27 09:00:02

« Poprzednia 1 Następna »

Ostatnio dodane

Zagraniczne

Polskie

English version

Transfery

Felietony

Tłumaczenia

Współpracujemy

Znajdź nas na:

Reklama z blokaut.net:

Nasza witryna wykorzystuje Cookies


Witryna wykorzystuje cookies w celu poprawnej realizacji dostarczanych usług i informacji oraz w celach gromadzenia anonimowych informacji statystycznych, dotyczących używania serwisu przez użytkowników.
Kontynuując przeglądanie serwisu bez zmian ustawień przeglądarki akceptujesz zapisywanie plików cookies.

X