Mistrz marketingu na światowych salonach?

2012-10-06 21:15:52
6 komentarzy
qwe

Mirosław Przedpełski ma być odpowiedzialny za marketing podczas nowych rządów w FIVB. Czy wykorzystał potencjał siatkówki w Polsce na tyle, by być zdolnym do odniesienia sukcesu na całym świecie?

W ostatnich dniach polskie media ogłosiły sukces prezesa Polskiego Związku Piłki Siatkowej, Mirosława Przedpełskiego, który został wiceprezesem FIVB do spraw marketingu. Jak sam zainteresowany stwierdził w wywiadzie z redaktorem Krzysztofem Wanio, obecny prezydent FIVB, Ary Graça, potrzebuje Przedpełskiego do promocji siatkówki na całym świecie. Jednak czy naprawdę prezydent federacji, która świetnie radzi sobie z promocją siatkówki w Brazylii, potrzebuje "naszego człowieka" w tej roli? Bo na ile tak naprawdę obecna popularność dyscypliny to zasługa marketingowych sztuczek Przedpełskiego, a ile wyników reprezentacji? I czy potencjał siatkówki w Polsce jest naprawdę w pełni wykorzystywany?

Siatkówka nie może narzekać na puste hale od 12 lat, jednak zwiększone zainteresowanie zyskała po 2009 roku, kiedy męska reprezentacja zdobyła Mistrzostwo Europy a w składzie pojawili się młodzi zawodnicy, którzy z miejsca stali się ulubieńcami nastolatek. Te tłumnie zaczęły przybywać do hali i Bartek Kurek może sobie zaprzeczać w wywiadach, że "nie odczuwa i nie zauważa tego zainteresowania", ale musiałby mieć problemy ze słuchem, by nie słyszeć krzyków, które rozbrzmiewają wokół, gdy przechodzi po meczu do szatni.


Nasz ulubiony sport pod względem popularności jest drugi w kraju i wielu ma za złe, że jest mniej popularny niż piłka nożna. Skupiając się na tej niemożliwej do zrealizowania poza Kanadą - krainą hokeja, czy Stanami Zjednoczonymi rzeczy, ludzie nie dostrzegają prawdziwego problemu. Piłka nożna tkwi w świadomości wielu społeczeństw jako religia, jest również częścią show biznesu, króluje na rynku rozrywki, a co za tym idzie ściąga setki milionów ludzi przed telewizory i na stadiony. Działacze tenisa szybko pojęli o co w tym wszystkim chodzi i dziś tenis również pływa w morzu sponsorów. Ba, zrozumieli to nie tylko działacze, ale i sami sportowcy, a tego nam zdecydowanie brakuje. Bo czy pieniądze jakimi obraca sport numer dwa w kraju są adekwatne do popularności dyscypliny? Zdecydowanie nie. I na tym polu całe środowisko przegrywa z kretesem. Na własne życzenie.

Dość powiedzieć, że Bartosz Kurek, do niedawna okręgowy idol nastolatek, który zaczyna mieć wiernych kibiców i w innych krajach, gdzie siatkówka jest w miarę popularna, podpisał kontrakt reklamowy dopiero 3 lata po wybuchu młodocianej histerii wokół jego osoby. I jest to obecnie jedyny taki kontrakt reprezentanta Polski, choć to nie on zaczął przecierać szlaki w tym biznesie. Zbyszek Bartman był pierwszym, który zaczął współprace z popularną firmą napojów energetycznych, jednak poza kilkakrotnym napomnieniem w wywiadach o piciu napoju przed meczem, nagraniu dwóch video i zrobieniu sesji zdjęciowej nic większego póki co się z tego nie rozwija. Mamy Mariusza Wlazłego, który reklamuje produkty budowlane, ale jedynie w okręgu Bełchatowa. Można więc powiedzieć, że mamy 2,5 kontraktów reklamowych w "drugim" sporcie w kraju. Imponujące, nieprawdaż?

Nie chodzi o to, by siatkarze zaczęli wyskakiwać z każdej lodówki. Dla części z was na pewno męcząca była mania telewizji TVN po zdobyciu złota w Lidze Światowej, kiedy przyjeżdżała do Spały prawie co tydzień, pytając zawodników o to samo. Ale na pewno nikt z was nie miałby pretensji, gdyby takie reklamy pojawiły się, ściągając do siatkówki więcej sponsorów, co przede wszystkim uratowałoby kluby z dołu tabeli od problemów finansowych i poprawiło ich funkcjonowanie, a to pozwoliłoby ściągnąć do ligi głośniejsze i droższe nazwiska. Czy nie o to właśnie chodzi? Aby to się udało, wymagane jest zaangażowanie całego środowiska. Nie tylko w gestii włodarzy klubu leży znalezienie sponsora. Nie wymaga się od zawodników biegania i proszenia firm o sponsorowanie klubu, ale potencjalny sponsor musi widzieć, że w zespole grają zawodnicy zdolni promować jego markę nie tylko na boisku. A być może popularny sportowiec, podpisując umowę z danym klubem, ściągnąłby więcej sponsorów do zespołu, w którym właśnie gra. Naszym zawodnikom najwyraźniej daleko do takiego podejścia.

 

 

 

Grzegorz Kosok

Fot. 1. Grzegorz Kosok po otrzymaniu wafelków od autorek

"Nakarm Grzesia kliknięciem" (fot. Anita Dworak).

 

 



Wielu kibiców na pewno natknęło się na "Nakarm Grzesia kliknięciem". Akcja oparta na relacji telewizyjnej w wieczornych wiadomościach, kiedy uchwycono moment karmienia batonem Grzegorza Kosoka przez Krzysztofa Ignaczaka. Strona utworzona na Facebooku, miała być tylko żartem wśród znajomych. Ku zaskoczeniu założycielek na drugi dzień liczba osób lubiących dobijała już do tysiąca. Dziewczyny postanowiły zatrzymać stronę i z dystansem i humorem pisać tam o siatkówce. Finałem miało być przekazanie Grzegorzowi Kosokowi rzeczonych wafelków. Zawodnik, który najwyraźniej nie podziela poczucia humoru autorek strony, w chwili otrzymania koszyka, którego oczywiście nie odrzucił, poinformował założycielki, że "można było go uprzedzić, zanim stworzyły tę stronę". Trudno uprzedzać o swojej spontaniczności, panie Grzegorzu. Zwłaszcza, że strona zrobiła siatkarzowi lepszy PR niż każdy ugrzeczniony, uprzejmy i pachnący momentami nudą wywiad, którego Kosok udzielił. Strona istnieje dalej, ma się dobrze, a dziewczyny od czasu do czasu urządzają konkursy dla kibiców. Szkoda, że bez udziału głównego bohatera. Nie oczekuję, że każdy będzie miał smykałkę do marketingu, ale odrobina dystansu i poczucia humoru jeszcze nikomu nie zaszkodziła i wierzę, że gdyby Grzegorz Kosok zdecydował się na współpracę ze stroną, cała akcja rozwinęłaby się znacznie lepiej i kto wie, może dziś obok Kurka przypominającego młodszemu bratu o jogurtach, z telewizji uśmiechałby się do nas środkowy kadry trzymając w ręku popularny wafelek?

Co ma z tym wspólnego Mirosław Przedpełski? Wszystko. Bo akcje, jak ta opisana wyżej pokazuje jak wiele można zrobić i jaką popularność praktycznie "z niczego". Przedpełski od 8 lat rządzi siatkówką w Polsce i przez cały ten czas nie wykorzystał potencjału do rozbudowania tej dyscypliny tak, jak sukcesy tego wymagały. Wydaje się, że jak to mówią, w którymś kościele mu dzwoni, ale nie do końca wiadomo za co się zabrać. Prezes dba o oprawę meczów, ale nie dba o wpojenie zawodnikom podejścia do mediów. I tak oto od lat przygrywa nam ten sam DJ i wodzirej, wykrzykując te same hasła dziesiątki razy podczas jednego meczu, zawodnicy uciekają do szatni poza mixed zonem podczas 1. dnia zmagań Ligi Światowej w Katowicach, a World Grand Prix w Łodzi nie jest prawie w ogóle promowane, choć odbywa się tydzień później, bo przecież trzeba zapowiedzieć Mistrzostwa Świata w 2014 roku czy wyskakujące z plakatu na każdym rogu Euro, bilety na mecz towarzyski z Australią kosztują 90 zł, a samo spotkanie odbywa się w hali, której kibice szczerze nie lubią, a ich zdanie zaczęli podzielać zawodnicy z Bełchatowa, którzy wolą grać przy mniejszej publiczności, lecz czuć ich wsparcie kilka metrów od siebie. Oficjalna strona PZPSu rzadko kiedy podaje informacje regularnie, a już na pewno nie o żeńskiej siatkówce - dość powiedzieć, że skład powołany przez trenera Alozjego Świderka na kwalifikacje olimpijskie w Ankarze na stronie PZPSu pojawił się po wszystkich innych portalach o siatkówce.

Podobnie funkcjonuje lub do niedawna funkcjonowało wiele innych stron klubowych. Włodarze bełchatowskiej Skry pierwsi pojęli ile można zyskać na tworzeniu własnych materiałów z zawodnikami, jak sesje z podróży i wywiady z zawodnikami. Jeśli tylko zrezygnują z patetycznych produkcji jak ta zapowiadająca Final Four w Łodzi na rzecz czegoś humorystycznego, to Bełchatowianie pozostawią inne kluby daleko w tyle, bo nie ma wątpliwości, że spośród klubowych stron już dziś jest najczęściej odwiedzaną. O sile humorystycznego nagrania przekonał sie Roger Federer, którego próby nagrania zaproszenia do obejrzenia meczu charytatywnego z Rafaelem Nadalem rozpromowało imprezę bardziej niż pierwotnie planowana reklama. W ślady Bełchatowian poszli włodarze Jastrzębskiego Węgla, tworząc nie tylko własne materiały video, ale publikując felietony.  Drużyny z Rzeszowa i Kędzierzyna uaktywniły działalność na Facebook'u, lecz strony pozostawiają jeszcze wiele do życzenia. Pan Przedpełski ma więc z kogo brać przykład jak pewne elementy powinny funkcjonować. I ten przykład daje mu również człowiek, który podobno potrzebuje go do promocji siatkówki. Człowiek, które potrafi stworzyć medialne wydarzenie z nowej kolekcji strojów reprezentacyjnych, organizując pokaz mody, na który tłumnie przybyły wszelkie brazylijskie media sportowe. Człowiek, którego siatkarze i trenerzy regularnie pojawiają się w spotach reklamowych sponsorów brazylijskiej federacji jak i regularnie podpisują prywatne kontrakty.

Czy naprawdę Ary Graça potrzebuje rady człowieka, który stoi na czele drugiej co do popularności dyscypliny w swoim kraju, gdzie przeciętny człowiek nie wymieni nazwiska siatkarki, a firma kosmetyczna woli podpisać umowę z klubem z Rzeszowa zamiast żeńskim klubem, mogąc automatycznie zrobić kampanię reklamową produktów z udziałem naszych zgrabnych Pań, gdzie szkolenie dla trenerów PlusLigi odbywa się jedynie w języku polskim, bez uwagi na zagranicznych trenerów, dla których chyba nie tak trudno i drogo, biorąc pod uwagę budżet związku, zatrudnić tłumacza?
I wreszcie jak Mirosław Przedpełski chce promować siatkówkę na świecie, skoro co druga impreza odbywa się w Polsce? Do pełnego sukcesu tego sportu na naszym globie potrzebna jest promocja tam, gdzie siatkówka w świadomości przeciętnego kibica nie istnieje lub istnieje tylko przy okazji igrzysk olimpijskich. Czy człowiek, który zaczął rządzić siatkówką, gdy ta miała już jakąś pozycję w kraju, będzie zdolny stworzyć coś z niczego, ściągając wszystko co możliwe do własnego ogródka?

Życzę prezesowi Przedpełskiemu jak najlepiej. Sporo dla siatkówki zrobił i tego odbierać mu nie zamierzam, jednak mam sporo zastrzeżeń co do marketingu PZPSu pod jego wodzą. Nie jestem pewna czy prezes Przedpełski znalazł odpowiednią dla siebie posadę w siedzibie FIVB. Mam nadzieję, że się mylę i wkrótce będę mogła otwarcie się do tego przyznać.  "Dla dobra polskiej (i światowej) siatkówki".



fot. cev.lu

Zaloguj się aby dodać komentarz:

W uzupełnieniu poniższego warto wspomnieć, że w ramach demokratyzacji FIVB przed wyborami prezydenta i innych osób przegłosowano procedurę wyborów i ustalono jako zasadę głosowanie tajne oraz prawo do nie brania udziału w głosowaniu. Każdy związek krajowy miał jeden głos.
http://www.fivb.org/EN/Congress/2012/viewPressRelease.asp?No=36826
dx
2012-10-09 09:09:34

Nie ma problemu z wiceprzewodniczącym FIVB ds. marketingu:

Mirosław Przedpełski - 48 głosów
Waldemar Bartelik - 39 głosów.

Tyle że głosowanie jawne to jakby publiczne podpisanie lub nie podpisanie \"lojalki\" wobec ustępującego - nowego prezesa. Wszyscy wiedzą, kto jest zdecydowanie przeciw M. Przedpełskiemu, natomiast nie do końca wiadomo, kto jest za. Cechą demokracji jest głosowanie tajne, nawet w okresie PRLu głosowanie do Sejmu było TAJNE. Nie były to wybory, bo mając do wyboru tylko jedną listę FJNu można było być tylko za lub przeciw lub ewentualnie nie pójść na to głosowanie. za to na zjazdach i wszelkich innych wyborach w PZPR stosowano to samo, co w PZPS - głosowanie jawne, żeby było wszystkim wiadomo, kto jak głosował i wobec kogo ewentualnie wyciągać różne konsekwencje.

A zatem będzie kontynuacja. Oby tylko choćby część z tego, co zostało powiedziane podczas zjazdu było zrealizowane.

Co do zatrudniania firm zewnętrznych do zadań związanych z organizacją imprez międzynarodowych czy świadczenia innych usług, to generalnie jest słuszne, byle wybór wykonawców nie był obarczony kumoterstwem, tylko był przeprowadzony rzetelnie. Przecież trudno, aby Związek zajmował się wszystkim, skoro od pewnych spraw są specjaliści. Tak jest w dużej liczbie administracji samorządowej czy państwowej, gdzie zamiast zatrudniać np. prawnika - radcę prawnego, który nie jest biegły w każdym prawie, zleca się usługi kancelariom, które dysponują specjalistami w zakresie różnych praw. Podobnie zatrudnia się firmy ochroniarskie i sprzątające dysponujące odpowiednio przeszkolonym personelem. (Przy okazji zmniejsza się liczbę zatrudnionych, co można pokazać prasie, a oszczędzony fundusz płac rozdysponowuje się na podwyżki dla pozostałych urzędników, natomiast środki finansowe na zakup usług budżet musi przyznać, bo przecież są one uzasadnione.)
dx
2012-10-09 01:47:39

Kosok ma muchy w nosie. Zamiast cieszyć się z zainteresowania i jakoś to wykorzystać, ten ma muchy w nosie. Zero dystansu, zero podejścia! No tak, może to wynika z tego, że nie czepie on z projektu żadnych korzyści? A jak wspomniała autorka - mógłby.
Lineczka
2012-10-07 00:22:44

a to przepraszam ;)
karotka
2012-10-06 22:25:28

W zależności od tego o jak wielkim okręgu mówimy, Kraków jest w okręgu Bełchatowa ;)
Zyta
2012-10-06 22:23:29

ale jedyne w okręgu Bełchatowa

- nieprawda, w Krakowie też są ;)
karotka
2012-10-06 22:17:18

« Poprzednia 1 Następna »

Ostatnio dodane

Zagraniczne

Polskie

English version

Transfery

Felietony

Tłumaczenia

Współpracujemy

Znajdź nas na:

Reklama z blokaut.net:

Nasza witryna wykorzystuje Cookies


Witryna wykorzystuje cookies w celu poprawnej realizacji dostarczanych usług i informacji oraz w celach gromadzenia anonimowych informacji statystycznych, dotyczących używania serwisu przez użytkowników.
Kontynuując przeglądanie serwisu bez zmian ustawień przeglądarki akceptujesz zapisywanie plików cookies.

X