Pora zejść na ziemię

2012-04-20 08:00:00
3 komentarzy
qwe

Wielokrotne sukcesy, osiągane jeden po drugim w serii powodują, że zwycięzca czasem zatraca pojęcie rzeczywistości. I tak najwyraźniej zdarzyło się w przypadku Skry Bełchatów.

Od pewnego czasu przymierzałam się by napisać ten felieton, lecz czekałam na odpowiednią okazję. I podczas, gdy wszyscy skupiają się na zachowaniu zawodników Skry, ja chciałabym pójść o krok dalej. Być może zabrzmi to banalnie, ale sukces wzbudza więcej łez smutku, rozczarowania i rozpaczy, niż radości. Dlaczego o tym mówię? Bo czasem wielokrotne sukcesy, osiągane jeden po drugim w serii powodują, że zwycięzca zatraca pojęcie rzeczywistości. I tak niestety najwyraźniej zdarzyło się w przypadku Skry Bełchatów.

 


Nie chodzi jedynie o incydent z ostatniego meczu z Rzeszowem, ale całą tą atmosferę i podejście, określane już w tym momencie syndromem oblężenia Skry. Większość siatkarskiej Polski jest "przeciw nim", każdy życzy im porażki i prawie nikt się nie cieszy. Chwileczkę! Kilka podstawowych spraw. Jeżeli jedna drużyna wygrywa mistrzostwo siedem razy z rzędu, logicznym jest, że pozostałe 9 ekip marzy o wygranej, co jest równoznaczne z przegraną wielokrotnego mistrza. Podobnie jest z kibicami - wiadomym jest, że kibiców życzących Skrze przegranej jest więcej, niż tych życzących im wygranej, bo statystyka wynosi 9 do 1. I to nie ma nic wspólnego z szacunkiem i uznaniem wyższości przeciwnika. Owszem, moja znajoma też kiedyś okazała się lepsza o 3 punkty w pewnym konkursie, ale to nie oznacza, że szlag mnie nie trafił, że to nie ja wygrałam wycieczkę. I czy można mnie za to winić? Tak samo jak innych zawodników czy ich kibiców za ich emocje i odczucia? Harują równie mocno, kibice ściskają kciuki równie mocno, co kibice mistrza. A jednak się nie udało. Czasem dlatego, że tamten jest bardziej utalentowany. Tylko czy to jest sprawiedliwe, że jeden rodzi się z większym talentem i nie musi pracować równie mocno co inni? Nie, nie jest. Bo sport, wbrew pozorom i temu co ludzie chcą w nim widzieć, nie jest sprawiedliwy i nigdy nie będzie. Nie może być sprawiedliwy, jeśli do konkursu stają osoby o różnych parametrach, w różnym wieku, o różnych możliwościach, mniejszym lub większym talencie, doświadczeniu czy znajomościach.



To trochę tak, jak z rozmową kwalifikacyjną o pracę. Jeden ma przepiękne CV, ukończonych kilka fakultetów, ale nie nadaje się do pracy w grupie. I przegrywa ten konkurs. Bo rywalizacja o pracę jest konkursem. Czy to jest sprawiedliwe? Przecież na papierze nadawał się do pracy lepiej, niż ten elokwentny żartowniś, który "ugada się" z każdym klientem. A jednak to ten drugi w tej dyscyplinie, na tym stanowisku będzie lepszy, tak jak niższa Brazylia potrafiła przez dekadę wygrywać z silniejszą na papierze i w parametrach Rosją. Rywalizujemy ze sobą w każdym aspekcie życia, począwszy od zabawy na podwórku, walki o oceny w szkole, poprzez miejsce w pociągu. Dlaczego, zmęczona po ciężkiej harówce w pracy, mam się cieszyć, że to ta dziewczyna szybciej dopadła ostatnie miejsce w osobowym do Piły i to ja będę musiała sterczeć godzinę na korytarzu?
Nie można oczekiwać od ludzi, którzy wylali tyle samo potu, łez i krwi, a kto wie czy i nie więcej, by cieszyli się się z naszego sukcesu. Będą przeciw nam - bo na tym polega rywalizacja.

 



Siatkarze z Bełchatowa zdaje się o tym zapomnieli. Ciągłe wygrane i niezbyt wymagający przeciwnicy w lidze trochę ich rozpieścili. Z jednej strony się nie dziwię. Każdy chce się cieszyć ze swoich osiągnięć i kiedy jest dobrze, chce się dzielić tym z innymi, a kiedy się rozgląda i widzi skwaszone miny, może poczuć się niedoceniony. Tylko przecież 5 minut temu, kiedy walczył o te piłki, walczył dla siebie i kolegów z drużyny. Nie dla tych tłumów, od których oczekuje miłości zamiast krytyki i nikt mi nie wmówi, że jest inaczej. Bo spełniona pasja wymaga egoizmu. Gdyby nie byli w pewnym stopniu egoistami, nie poświęcaliby rodziny i innych spraw na spędzanie czasu grając w siatkówkę. Absolutnie nic im nie zarzucam, bo to nie dotyczy tylko sportu, a każdej pasji i to jest naturalne. Człowiek, który robi coś dla siebie, to człowiek szczęśliwy. Ale nikt nie mówił, że za szczęście nie trzeba płacić. Nie chcę powiedzieć, że zawodnicy nie dbają o kibiców, choć momentami odnoszę wrażenie, że zapominają, iż to właśnie zainteresowanie kibiców przyciąga zainteresowanie sponsorów, a co za tym idzie większe kontrakty. Jednak nie wierzę, że to o kibicach myślą, kiedy przychodzą na trening. Na pewno hymn słyszany a capella motywuje, ale ci zawodnicy są tam przede wszystkim dla siebie.

 

 

 

 

Fot. 1. Bełchatowianie podczas drugiego meczu finałowego z Asseco Resovią Rzeszów.

 

 



Bełchatowianie to inteligentni faceci, jednak zatracili obraz rzeczywistości. Przyzwyczajeni do poczucia satysfakcji i radości ze swoich osiaginęć zaczynają odbierać wszystko, co nie jest przyjaźnie nastawione, jako atak i działanie na ich szkodę. Od kibiców przeciwnych drużyn, przez niektórych dziennikarzy, po sędziów. Zajmują się nie tym, czym tak naprawdę powinni. Zastanawialiście się kiedyś nad sednem teorii, że Amerykanie mają mentalność zwycięzców? Skupiają się jedynie na tym, co jest w ich mocy. Co jest od nich zależne, co są w stanie zmienić. Wbrew temu co myślą zawodnicy Skry, krzyki Daniela Plińskiego czy Miguela Angela Falaski nie zmienią decyzji sędziego. Nawet tej błędnej. Już pomijam fakt, że w ogóle nie powinni z sędzią rozmawiać, jeśli nie pełnią funkcji kapitana w drużynie. Oczywiście, że błędna decyzja nie jest sprawiedliwa, ale jeśli sędzia jej nie zmienia, to NIC nie można z nią zrobić. Zamiast więc dyskutować, można tę złość zamienić na punkty. Tak zrobili zawodnicy Nowosybirska, kiedy w Turcji sędzia zabrał im punkt w 5. secie, a oni zamiast nadmiernie dyskutować wyrównali wynik, dzięki dwóm kolejnym udanym akcjom. Poza tym, nie trzeba nawet szukać przykładu aż na Syberii, kiedy bełchatowianie mają takiego człowieka u siebie. Potraficie wskazać innego, poza Mariuszem Wlazłym, zawodnika w Polsce, który potrafi się najzwyczajniej w świecie wkurzyć czy to na sędziego czy na zachowanie rywala i zamiast w nerwach psuć następną akcję, strzela asa albo bombarduje Trentino skutecznymi atakami? Jedynego, który w całej tej aferze zachował się z klasą, starając się odciągnąć kolegów od sędziów i potem w stonowanym tonie wypowiedzieć się tuż po spotkaniu w telewizyjnym wywiadzie? Ten chłopak powinien w wakacje zrobić rundkę objazdową po szkółkach siatkarskich w Polsce i zorganizować dla młodych adeptów wykłady pt. "Zdenerwowanie, czyli jak zdobywać punkty w każdej sytuacji". Oczywiście pod warunkiem, że owe wykłady i późniejsze kolokwium jego koledzy z drużyny zaliczą na minimum 4.

 



W takich sytuacjach najboleśniejszą dla rywala odpowiedzią jest właśnie podejście "Ja Wam pokażę!". Nie "Ja Wam dogadam!" albo "Ja się pochwalę łaciną podwórkową!", tylko właśnie "Odbierasz mi punkt? To ja ci teraz udowodnię...". Nie mam nic do gadatliwych zawodników, zwłaszcza jako osoba, która przeprowadza z nimi wywiady, ale niech te słowa będą poparte czynami. W mowie mocnych jest wielu, ale pokazać nie zawsze jest komu.


Niech te czyny nie ograniczają się do asów w końcówce seta Mariusza Wlazłego czy bardzo dobrej organizacji klubu dzięki działalności Konrada Piechockiego. Prezes Skry pokazuje jak powinny być prowadzone kluby w Polsce, a nawet jak powinna wyglądać organizacja w PZPSie. Bo moim zdaniem, wbrew ogólnemu zbiorowemu oburzeniu na ten pomysł, Konrad Piechocki, jeśli przestanie "pomagać" swym zawodnikom i organizować finały w nadmiarze, porzuci hasła powtarzanie również przez Mirosława Przedpełskiego o dobru polskiej siatkówki i uśmiechniętych rodzinach na trybunach, rozpromienionych równie mocno co logo Polsatu (ciekawe czy były tak rozpromienione po usłyszeniu umiejętności posługiwania się łaciną podwórkową przez bełchatowian?), byłby świetnym kandydatem na prezesa PZPSu. Tylko niech to całe towarzystwo, nie wątpię, że sympatyczne, w pełni zaangażowane i harujące całymi dniami, jak to powtarzali po meczu, spojrzy prawdzie w oczy i przestanie się traktować jako ofiary ogólnonarodowej nienawiści. Bo, jak już wspomniałam wcześniej, sukces zawsze powoduje więcej łez smutku i złości niż radości. I ktoś, kto chce osiągnąć sukces, musi się na to przygotować. Jeśli nie może tego zrozumieć, nigdy nie będzie cieszył się ze swego sukcesu w pełni. Bo to nie kibice i "przeciwnicy" odbierają bełchatowianom radość wygrywania, a oni sami.

 


Dlatego życzę Bełchatowianom zejścia na ziemię. W żaden konkretny sposób, ale zejścia na ziemię, mającego działanie długotrwalsze niż dwie żółte kartki podyktowane przez pewną panią z Hiszpanii sędziującą mecz we Francji. Niech zejdą na ziemię i skupią się na graniu, niech pokażą, że dobra gra jest odpowiedzią na każde pomyłki, prowokacje czy nawet już te rzekome kłody rzucane pod nogi. Bo w tej chwili zaczynają przypominać w zachowaniu Włochów, na których Polacy, właśnie na czele z zawodnikami lubią narzekać. A czy to nie zakrawa już powoli na hipokryzję?


Finał niech wygra lepszy i w sportowej rywalizacji.





fot. skra.pl

Zaloguj się aby dodać komentarz:

Bardzo mądrze napisane bez jakiejś spiny tylko na spokojnie. brawo:) bardo ciekawy artykuł godny polecenia. Niech cytują go (oczywiście z zachowaniem źródła:))
lfc88
2012-04-20 22:23:31

super tekst :)
joa
2012-04-20 10:06:03

Zytka, jest napisane \"wiadomym jest, że kibiców życzących Skrze przegranej jest więcej, niż tych życzących im przegranej\". Świetny tekst, o to chodzi
euphoria
2012-04-20 09:35:08

« Poprzednia 1 Następna »

Ostatnio dodane

Zagraniczne

Polskie

English version

Transfery

Felietony

Tłumaczenia

Współpracujemy

Znajdź nas na:

Reklama z blokaut.net:

Nasza witryna wykorzystuje Cookies


Witryna wykorzystuje cookies w celu poprawnej realizacji dostarczanych usług i informacji oraz w celach gromadzenia anonimowych informacji statystycznych, dotyczących używania serwisu przez użytkowników.
Kontynuując przeglądanie serwisu bez zmian ustawień przeglądarki akceptujesz zapisywanie plików cookies.

X